W
piątek, z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru, wraz z Lubym poszliśmy do opery
wrocławskiej na Straszny Dwór Stanisława
Moniuszki. Opera ta piękną się jawiła. Jednakowoż na operach jako takich nie
znam się za bardzo (gdyż do tej pory pieniędzy mi nie starczało na tego rodzaju
zbytki) więc na temat technik śpiewaczych, sposobu prowadzenia orkiestry,
solistów, chóru i tancerzy się nie wypowiem (przynajmniej na razie, albowiem
braki te już uzupełniam). Aczkolwiek zdawało się to być bardzo płynne i
dopracowane. Było kilka rzeczy, które raziły bardzo - jak zmiana dekoracji bez
antraktu, czy wiecznie obecne drzewa w tle niezależnie od tego, czy akcja
toczyła się w domu, czy na zewnątrz. To mogę powiedzieć z całą pewnością pomimo
wcześniejszej adnotacji o nieznajomości technik, ponieważ to że nie było mnie
stać na częste wizytowanie budynków operowych, nie oznacza, że nigdy wcześniej (przed
Strasznym dworem) nic innego, w żadnej operze nie widziałam.
![]() |
| Jakość zdjęcia miażdży, ale przynajmniej stylóweczki widać |
Byłam
kilka razy tak w operze wrocławskiej, jak i krakowskiej. Rozróżnienie to jest o
tyle istotne, że są to, pod względem architektonicznym oraz stylistycznym, dwa
zupełnie różne obiekty. Opera Wrocławska to wybudowany w latach 1839-41 gmach
wykonany w stylu klasycystycznym z bogato zdobionym wnętrzem błyszczącym złoto-białymi
ramami od ogromnych luster i kryształowymi kandelabrami. Na każdy kolejny
poziom wiodą półokrągłe schody wyłożone
wykładziną, a widownia ustawiona półokrągle, po bokach ma loże, które dawniej
były wynajmowane przez arystokrację.
Opera Krakowska powstała dużo później, bo w latach 2004-08 i utrzymana jest w stylu postmodernistycznym z bardzo minimalistycznym, czerwonym, tak wnętrzem jak i zewnętrzem. Trzeba przyznać iż nasuwają się różne bezecne myśli kiedy się tam wchodzi i oczy swe napawa coraz to bardziej głębokimi odcieniami czerwieni. Tutaj nie ma lóż bocznych, bo i tradycji XIX-wiecznej brak.
Opera Krakowska powstała dużo później, bo w latach 2004-08 i utrzymana jest w stylu postmodernistycznym z bardzo minimalistycznym, czerwonym, tak wnętrzem jak i zewnętrzem. Trzeba przyznać iż nasuwają się różne bezecne myśli kiedy się tam wchodzi i oczy swe napawa coraz to bardziej głębokimi odcieniami czerwieni. Tutaj nie ma lóż bocznych, bo i tradycji XIX-wiecznej brak.
Z tego też względu w
zależności od tego, do jakiej przestrzeni mamy plany się udać, strój nasz innym
być powinien. Chociaż wszędzie piszą, iż panie na takie wieczorne wyjście
wyciągnąć powinny z szafy suknie swoich prapraprababek, albo co najmniej
najpiękniejsze garsonki, w jakich posiadaniu są, a panowie zasięgnąć rady
Wokulskiego i wybrać frak, a nie surdut, to reguła ta nieco już się zdezaktualizowała. Powodów, dla których tak się stało są dwa:
1. Zmieniła się
sytuacja społeczna. Szczerze powiedziawszy, żeby dokładnie wyjaśnić, skąd wziął
się pomysł strojenia do opery i teatru, musielibyśmy się cofnąć do XIX wieku i
przeanalizować sytuację społeczno-kulturalną tamtych czasów. Ale na to jeszcze
przyjdzie czas. Dlatego ograniczę się o stwierdzenia, którego użył kiedyś jeden
z profesorów, z którym miałam okazję mieć zajęcia podczas studiów na
Jagielońjan Juniwersiti: „Dla nich teatr to był taki facebook - każdy każdego
widział, wiedział z kim jest w związku, i czy kupił nowe ubranie. Poza tym
świece były drogie, a w teatrze po zmroku dalej było jasno.” Oczywiście
dotyczyło to arystokracji. Współcześnie do opery może przyjść każdy, kto kupi
bilet (wtedy też tak było, owszem, macie rację, ale właśnie... kontekst
społeczny był inny i zarobki były inne i zasady społecznego zachowania też były
inne... jakby wszystko sprowadza się do słowa ‘inne’), bo właściwie to bilety
nie są aż tak drogie (są opery i balety, na które wejściówki można kupić za 10
zł, a niektóre teatry wprowadziły wejściówki za 5 zł za okazaniem ważnej
legitymacji studenckiej), a ileż można chodzić do kina? Dlatego też towarzystwo
nie zna się tak bardzo, jak ówcześnie, i ubieranie się do opery w najzacniejsze
garsonki przestało mieć sens. W końcu mamy Internety, a w nich social media,
oraz telefony z aparatami, co pozwala nam na bieżąco dzielić się z całym
światem informacją, że byliśmy tu czy tam.
| Tak się do opery nie przyodziewamy |
2. Nie wszystkie
budynki operowe są stylistycznie przygotowane na przyjmowanie gości ubranych
nad wyraz elegancko. (patrz kilka linijek wyżej - porównanie Krakowa i
Wrocławia) Nie oznacza to jednak, że do opery wrocławskiej zakładamy długie
suknie i fraki, a do krakowskiej biegniemy w przetartych jeansach i trampkach
krzycząc wolne konopie. W obu
wypadkach zasada jest ta sama „nie przeginaj ani w jedną, ani w drugą stronę”. Z
tego też względu najlepiej jest przyodziać strój elegancki „zwyczajny”. Tzn. panie:
sukienkę, lub zestaw bluzka i spódnica w stonowanych kolorach oraz buty na
obcasie. Oczywiście należy pamiętać, iż zbyt krótka spódnica w połączeniu z too
high heels grozi zmianą sposobu odczytywania czerwonego koloru opery krakowskiej
przez niektórych panów, a to może nieść za sobą nieprzyjemne skutki w postaci
dłoni zbyt wysuniętej na południe pleców. Panowie: garnitur w kolorze innym niż
czarny, lub marynarka i spodnie materiałowe; buty koniecznie czarne. Jeżeli
wybieracie się jako para, tzn. luba z lubym, to nie zobowiązuje lubego do
założenia krawata w kolorze sukienki lubej...
![]() |
| Kolejna zabójcza jakość, ale tu już lepiej |
Jeszcze krótka wzmianka
odnośnie butów. Krąży pogłoska o tym, że należy nosić ze sobą obuwie zmienne
jeżeli w dniu, w którym idziemy do opery, na zewnątrz jest błoto. Tak. To jest
prawda. Ale nie jest tak, że zimą, kiedy przychodzimy w kozakach, musimy
przebierać buty na eleganckie szpilki. Śnieg jest mokry, ale nie brudzi. Poza tym
przed wejściem na salę wszystko zdąży wyschnąć gdyż... do opery przychodzimy
minimum 15 minut przed planowanym rozpoczęciem spektaklu.
Jest
tak dlatego, że spektakl ma rozpocząć się o odpowiedniej - zaplanowanej
godzinie - i to widownia ma czekać na aktorów, a nie aktorzy na widownię. W
operze wrocławskiej spóźnialscy są wpuszczani maksymalnie na 5 minut od
ostatniego dzwonka i są dla nich przygotowane specjalne miejsca przy samych
drzwiach tak, aby nie przepychali się między widzami szukając swojego miejsca
po ciemku, przy tym depcząc wszystkim dookoła po wypastowanych butach. Jeżeli
ktoś spóźni się więcej... świadczy to albo o przykrej sytuacji podczas drogi do
opery, albo zwyczajnie o braku kultury. Niestety ta druga wersja spotykana jest
znacznie częściej.
A
skoro już przy braku kultury jesteśmy. Słów kilka na temat tego, jak nietaktu
uniknąć i cały czas być w rytmie. Wchodząc na swoje miejsca na widowni
przechodzimy PRZODEM do osób, które siedzą w naszym rzędzie. Chociaż domyślam
się, że chęć pokazania swoich pięknych czterech liter jest nęcąca, to ustawiamy
je tak, aby mimo wszystko nikt nie musiał ich podziwiać, ale również tak, aby
głowy osób za nami nie były muskane. Nie oznacza to, że tylko my mamy
obowiązki. Osoby siedzące w naszym rzędzie powinny wstać przepuszczając nas na
nasze miejsca tak, abyśmy im przypadkiem nie podeptali świeżo wypastowanych
butów, albo co gorsza nie podarli nowych rajstop. Kiedy już po długiej przeprawie
jesteśmy na swoich miejscach to... WYŁĄCZAMY telefony komórkowe i skupiamy się
na spektaklu, na który przyszliśmy, bo na tym to polega, chociaż żyjemy w erze
ciągłego podłączenia do sieci i wiecznej inwigilacji. (Ja w operze. Ja na
siedzeniu. Mój zad muskający ludzi z pierwszego rzędu. Facet w rajtuzach na
scenie.)
Tam
ta da dam. Da da da da da dam da da dam. Nadchodzi spektakl... opera...
przedstawienie i... zagraniczne libretto, którego tłumaczenie (na szczęście!)
wyświetla się nad sceną i dzięki temu rozumiemy, co mówią postaci. Nie zmienia
to jednak faktu, że takie czytanie rozprasza nasza uwagę i nie możemy skupić
się na kunszcie solistów oraz orkiestry, przez co wiele rzeczy nam umyka. Co
zatem zrobić, żeby tak nie było? Są dwie opcje - znalezienie libretta w
Internetach przed wyjściem z domu i przeczytanie go w całości (co daje nam dwie
korzyści: możemy podziwiać umiejętności wykonawców i wiemy o czym jest oglądana
przez nas sztuka), lub kupić program, który jest dostępny na miejscu w operze.
Niestety to drugie nie daje nam 100% pewności, iż będzie zawierało libretto
sztuki, bo może ograniczyć się jedynie do streszczenia i dużej ilości
ciekawostek np. na temat tego, jak to wszyscy byli zniesmaczeni, ponieważ
podczas premiery w 1865 roku główna solistka rozdarła sobie sukienkę o gwóźdź
wystający ze sceny. Zatem, dla osób ceniących sobie kunszt wykonawców, lepsza
na pewno będzie 1. opcja. Jest to również lepsze rozwiązanie dla skąpców,
ponieważ za program w operze trzeba zapłacić, a Internety to są prawie za
darmo. Znajomość libretta to w sumie rzecz pożądana w operze, bo wtedy
lajfstajl uzasadnia miejsce w jakim jesteśmy i odwrotnie.
Jednakowoż
skoro przy skąpstwie już jesteśmy, to kiedy pan przychodzi z panią, to skąpcem
nie powinien być, albo przynajmniej jako taki się nie jawić i powinien w
trakcie antraktu swoją lubą zaprosić na szklaneczkę winka lub szampana pod
warunkiem, że taka ilość alkoholu jego lubej do głowy nie uderzy i nie będzie
ona dzikich harców na widowni wyczyniać. Jeżeli natomiast mogłoby się tak
zdarzyć, wtedy opcją lepszą jest zakupienie herbaty.
Warto również pamiętać,
iż:
- pomimo,
że opera ma podniosły charakter, to nic nie różni jej od teatru. Zatem
kiedy idziemy na komedię, to możemy się śmiać, a kiedy na tragedię to
płakać.
- nie
należy przeklinać na głos „o ku*wełka w mo*dełkę te stroję wypie*dalają
kosmos”, gdyż wszyscy dookoła mogą poczuć się zniesmaczeni po 1. tym, że
jesteśmy wulgarni, po 2. tym, że chociaż się zgadzają, to muszą to ująć
inaczej mówiąc „zacne kostiumy Janie”.
- klaszczemy
po wybitnych ariach lub występach solowych, które zrobiły na nas zacne
wrażenie, ponieważ jest to pokazanie uznania dla kunsztu śpiewaczego.
- kiedy
widzimy, że spektakl dobiega końca, to uzbrajamy nasze dłonie w pancerze
żelazne i zaczynamy bardzo długie oklaski dla każdej grupy występującej z
osobna. Tutaj inaczej niż w teatrze - należy klaskać do momentu opadnięcia
kurtyny, ponieważ do osoby występujące decydują o tym ile razy będą się
kłaniać, a nie my wywołujemy ich do ukłonów swoimi oklaskami.
- jeżeli
coś podobało nam się tak wspaniale iż chcemy uczcić to owacjami na
stojąco, to wstajemy już na samym początku, kiedy myśl o wspaniałości
odwiedzi naszą głowę, albowiem, kiedy zrobimy to po 3 ukłonie, to nikt nie
pomyśli sobie „gra moja wspaniałością swoją urzekła ich dusze” tylko
„matko a ja kłaniać nadal się musze chociaż im już do szatni po odzienia śpieszno”.
- po
odzienie wychodzimy dopiero po opuszczeniu kurtyny, kiedy to wszelkie
zacności brawami nagrodzone zostaną.
![]() |
| Także tego. Powodzenia! |
Takie to oto zasady
dotyczące opery i zachowania w tymże miejscu.
Źródło zdjęć: internety i prywatne me zbiory.










Bardzo fajnie piszesz- w końcu wiem, jak zachować się w operze i jest to przekazane po ludzku, ale i ze smakiem i humorem :) Czekam z niecierpliwością na kolejne wpisy!
OdpowiedzUsuńNiezmiernie cieszy mnie ten fakt! :D I miło słyszeć, że ten wpis faktycznie komuś się przyda :)
Usuń