wtorek, 31 marca 2015

W operze nie wolno się śmiać, czyli słów kilka o savoir-viv’rze operowym


W piątek, z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru, wraz z Lubym poszliśmy do opery wrocławskiej na Straszny Dwór Stanisława Moniuszki. Opera ta piękną się jawiła. Jednakowoż na operach jako takich nie znam się za bardzo (gdyż do tej pory pieniędzy mi nie starczało na tego rodzaju zbytki) więc na temat technik śpiewaczych, sposobu prowadzenia orkiestry, solistów, chóru i tancerzy się nie wypowiem (przynajmniej na razie, albowiem braki te już uzupełniam). Aczkolwiek zdawało się to być bardzo płynne i dopracowane. Było kilka rzeczy, które raziły bardzo - jak zmiana dekoracji bez antraktu, czy wiecznie obecne drzewa w tle niezależnie od tego, czy akcja toczyła się w domu, czy na zewnątrz. To mogę powiedzieć z całą pewnością pomimo wcześniejszej adnotacji o nieznajomości technik, ponieważ to że nie było mnie stać na częste wizytowanie budynków operowych, nie oznacza, że nigdy wcześniej (przed Strasznym dworem) nic innego, w żadnej operze nie widziałam.



Jakość zdjęcia miażdży, ale przynajmniej stylóweczki widać



Byłam kilka razy tak w operze wrocławskiej, jak i krakowskiej. Rozróżnienie to jest o tyle istotne, że są to, pod względem architektonicznym oraz stylistycznym, dwa zupełnie różne obiekty. Opera Wrocławska to wybudowany w latach 1839-41 gmach wykonany w stylu klasycystycznym z bogato zdobionym wnętrzem błyszczącym złoto-białymi ramami od ogromnych luster i kryształowymi kandelabrami. Na każdy kolejny poziom wiodą półokrągłe  schody wyłożone wykładziną, a widownia ustawiona półokrągle, po bokach ma loże, które dawniej były wynajmowane przez arystokrację. 









Opera Krakowska powstała dużo później, bo w latach 2004-08 i utrzymana jest w stylu postmodernistycznym z bardzo minimalistycznym, czerwonym, tak wnętrzem jak i zewnętrzem. Trzeba przyznać iż nasuwają się różne bezecne myśli kiedy się tam wchodzi i oczy swe napawa coraz to bardziej głębokimi odcieniami czerwieni. Tutaj nie ma lóż bocznych, bo i tradycji XIX-wiecznej brak.









            Z tego też względu w zależności od tego, do jakiej przestrzeni mamy plany się udać, strój nasz innym być powinien. Chociaż wszędzie piszą, iż panie na takie wieczorne wyjście wyciągnąć powinny z szafy suknie swoich prapraprababek, albo co najmniej najpiękniejsze garsonki, w jakich posiadaniu są, a panowie zasięgnąć rady Wokulskiego i wybrać frak, a nie surdut, to reguła ta nieco już się zdezaktualizowała. Powodów, dla których tak się stało są dwa:

1. Zmieniła się sytuacja społeczna. Szczerze powiedziawszy, żeby dokładnie wyjaśnić, skąd wziął się pomysł strojenia do opery i teatru, musielibyśmy się cofnąć do XIX wieku i przeanalizować sytuację społeczno-kulturalną tamtych czasów. Ale na to jeszcze przyjdzie czas. Dlatego ograniczę się o stwierdzenia, którego użył kiedyś jeden z profesorów, z którym miałam okazję mieć zajęcia podczas studiów na Jagielońjan Juniwersiti: „Dla nich teatr to był taki facebook - każdy każdego widział, wiedział z kim jest w związku, i czy kupił nowe ubranie. Poza tym świece były drogie, a w teatrze po zmroku dalej było jasno.” Oczywiście dotyczyło to arystokracji. Współcześnie do opery może przyjść każdy, kto kupi bilet (wtedy też tak było, owszem, macie rację, ale właśnie... kontekst społeczny był inny i zarobki były inne i zasady społecznego zachowania też były inne... jakby wszystko sprowadza się do słowa ‘inne’), bo właściwie to bilety nie są aż tak drogie (są opery i balety, na które wejściówki można kupić za 10 zł, a niektóre teatry wprowadziły wejściówki za 5 zł za okazaniem ważnej legitymacji studenckiej), a ileż można chodzić do kina? Dlatego też towarzystwo nie zna się tak bardzo, jak ówcześnie, i ubieranie się do opery w najzacniejsze garsonki przestało mieć sens. W końcu mamy Internety, a w nich social media, oraz telefony z aparatami, co pozwala nam na bieżąco dzielić się z całym światem informacją, że byliśmy tu czy tam.



Tak się do opery nie przyodziewamy

2. Nie wszystkie budynki operowe są stylistycznie przygotowane na przyjmowanie gości ubranych nad wyraz elegancko. (patrz kilka linijek wyżej - porównanie Krakowa i Wrocławia) Nie oznacza to jednak, że do opery wrocławskiej zakładamy długie suknie i fraki, a do krakowskiej biegniemy w przetartych jeansach i trampkach krzycząc wolne konopie. W obu wypadkach zasada jest ta sama „nie przeginaj ani w jedną, ani w drugą stronę”. Z tego też względu najlepiej jest przyodziać strój elegancki „zwyczajny”. Tzn. panie: sukienkę, lub zestaw bluzka i spódnica w stonowanych kolorach oraz buty na obcasie. Oczywiście należy pamiętać, iż zbyt krótka spódnica w połączeniu z too high heels grozi zmianą sposobu odczytywania czerwonego koloru opery krakowskiej przez niektórych panów, a to może nieść za sobą nieprzyjemne skutki w postaci dłoni zbyt wysuniętej na południe pleców. Panowie: garnitur w kolorze innym niż czarny, lub marynarka i spodnie materiałowe; buty koniecznie czarne. Jeżeli wybieracie się jako para, tzn. luba z lubym, to nie zobowiązuje lubego do założenia krawata w kolorze sukienki lubej...


Kolejna zabójcza jakość, ale tu już lepiej


         Jeszcze krótka wzmianka odnośnie butów. Krąży pogłoska o tym, że należy nosić ze sobą obuwie zmienne jeżeli w dniu, w którym idziemy do opery, na zewnątrz jest błoto. Tak. To jest prawda. Ale nie jest tak, że zimą, kiedy przychodzimy w kozakach, musimy przebierać buty na eleganckie szpilki. Śnieg jest mokry, ale nie brudzi. Poza tym przed wejściem na salę wszystko zdąży wyschnąć gdyż... do opery przychodzimy minimum 15 minut przed planowanym rozpoczęciem spektaklu.

Jest tak dlatego, że spektakl ma rozpocząć się o odpowiedniej - zaplanowanej godzinie - i to widownia ma czekać na aktorów, a nie aktorzy na widownię. W operze wrocławskiej spóźnialscy są wpuszczani maksymalnie na 5 minut od ostatniego dzwonka i są dla nich przygotowane specjalne miejsca przy samych drzwiach tak, aby nie przepychali się między widzami szukając swojego miejsca po ciemku, przy tym depcząc wszystkim dookoła po wypastowanych butach. Jeżeli ktoś spóźni się więcej... świadczy to albo o przykrej sytuacji podczas drogi do opery, albo zwyczajnie o braku kultury. Niestety ta druga wersja spotykana jest znacznie częściej.

A skoro już przy braku kultury jesteśmy. Słów kilka na temat tego, jak nietaktu uniknąć i cały czas być w rytmie. Wchodząc na swoje miejsca na widowni przechodzimy PRZODEM do osób, które siedzą w naszym rzędzie. Chociaż domyślam się, że chęć pokazania swoich pięknych czterech liter jest nęcąca, to ustawiamy je tak, aby mimo wszystko nikt nie musiał ich podziwiać, ale również tak, aby głowy osób za nami nie były muskane. Nie oznacza to, że tylko my mamy obowiązki. Osoby siedzące w naszym rzędzie powinny wstać przepuszczając nas na nasze miejsca tak, abyśmy im przypadkiem nie podeptali świeżo wypastowanych butów, albo co gorsza nie podarli nowych rajstop. Kiedy już po długiej przeprawie jesteśmy na swoich miejscach to... WYŁĄCZAMY telefony komórkowe i skupiamy się na spektaklu, na który przyszliśmy, bo na tym to polega, chociaż żyjemy w erze ciągłego podłączenia do sieci i wiecznej inwigilacji. (Ja w operze. Ja na siedzeniu. Mój zad muskający ludzi z pierwszego rzędu. Facet w rajtuzach na scenie.)

Tam ta da dam. Da da da da da dam da da dam. Nadchodzi spektakl... opera... przedstawienie i... zagraniczne libretto, którego tłumaczenie (na szczęście!) wyświetla się nad sceną i dzięki temu rozumiemy, co mówią postaci. Nie zmienia to jednak faktu, że takie czytanie rozprasza nasza uwagę i nie możemy skupić się na kunszcie solistów oraz orkiestry, przez co wiele rzeczy nam umyka. Co zatem zrobić, żeby tak nie było? Są dwie opcje - znalezienie libretta w Internetach przed wyjściem z domu i przeczytanie go w całości (co daje nam dwie korzyści: możemy podziwiać umiejętności wykonawców i wiemy o czym jest oglądana przez nas sztuka), lub kupić program, który jest dostępny na miejscu w operze. Niestety to drugie nie daje nam 100% pewności, iż będzie zawierało libretto sztuki, bo może ograniczyć się jedynie do streszczenia i dużej ilości ciekawostek np. na temat tego, jak to wszyscy byli zniesmaczeni, ponieważ podczas premiery w 1865 roku główna solistka rozdarła sobie sukienkę o gwóźdź wystający ze sceny. Zatem, dla osób ceniących sobie kunszt wykonawców, lepsza na pewno będzie 1. opcja. Jest to również lepsze rozwiązanie dla skąpców, ponieważ za program w operze trzeba zapłacić, a Internety to są prawie za darmo. Znajomość libretta to w sumie rzecz pożądana w operze, bo wtedy lajfstajl uzasadnia miejsce w jakim jesteśmy i odwrotnie.





Jednakowoż skoro przy skąpstwie już jesteśmy, to kiedy pan przychodzi z panią, to skąpcem nie powinien być, albo przynajmniej jako taki się nie jawić i powinien w trakcie antraktu swoją lubą zaprosić na szklaneczkę winka lub szampana pod warunkiem, że taka ilość alkoholu jego lubej do głowy nie uderzy i nie będzie ona dzikich harców na widowni wyczyniać. Jeżeli natomiast mogłoby się tak zdarzyć, wtedy opcją lepszą jest zakupienie herbaty.


Warto również pamiętać, iż:
  • pomimo, że opera ma podniosły charakter, to nic nie różni jej od teatru. Zatem kiedy idziemy na komedię, to możemy się śmiać, a kiedy na tragedię to płakać.
  • nie należy przeklinać na głos „o ku*wełka w mo*dełkę te stroję wypie*dalają kosmos”, gdyż wszyscy dookoła mogą poczuć się zniesmaczeni po 1. tym, że jesteśmy wulgarni, po 2. tym, że chociaż się zgadzają, to muszą to ująć inaczej mówiąc „zacne kostiumy Janie”.
  • klaszczemy po wybitnych ariach lub występach solowych, które zrobiły na nas zacne wrażenie, ponieważ jest to pokazanie uznania dla kunsztu śpiewaczego.
  • kiedy widzimy, że spektakl dobiega końca, to uzbrajamy nasze dłonie w pancerze żelazne i zaczynamy bardzo długie oklaski dla każdej grupy występującej z osobna. Tutaj inaczej niż w teatrze - należy klaskać do momentu opadnięcia kurtyny, ponieważ do osoby występujące decydują o tym ile razy będą się kłaniać, a nie my wywołujemy ich do ukłonów swoimi oklaskami.
  • jeżeli coś podobało nam się tak wspaniale iż chcemy uczcić to owacjami na stojąco, to wstajemy już na samym początku, kiedy myśl o wspaniałości odwiedzi naszą głowę, albowiem, kiedy zrobimy to po 3 ukłonie, to nikt nie pomyśli sobie „gra moja wspaniałością swoją urzekła ich dusze” tylko „matko a ja kłaniać nadal się musze chociaż im już do szatni po odzienia śpieszno”.
  • po odzienie wychodzimy dopiero po opuszczeniu kurtyny, kiedy to wszelkie zacności brawami nagrodzone zostaną.
Także tego. Powodzenia!


Takie to oto zasady dotyczące opery i zachowania w tymże miejscu.



Źródło zdjęć: internety i prywatne me zbiory.

2 komentarze:

  1. Bardzo fajnie piszesz- w końcu wiem, jak zachować się w operze i jest to przekazane po ludzku, ale i ze smakiem i humorem :) Czekam z niecierpliwością na kolejne wpisy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niezmiernie cieszy mnie ten fakt! :D I miło słyszeć, że ten wpis faktycznie komuś się przyda :)

      Usuń