poniedziałek, 20 kwietnia 2015

„Przestań się drzeć! To jest świętość narodowa!”, czyli o "Dziadów części III" w reżyserii Michała Zadary

Szum i szał. We Wrocławiu Dziady! Dziadów część III w reżyserii Michała Zadary. Napisane przez Adama Mickiewicza w 1832 roku w Dreźnie. Jaka jest geneza utworu? Poloniści głoszą, iż dramat był wyrazem skruchy ze strony poety, który nie mógł wziąć udziału w powstaniu listopadowym i żeby zadośćuczynić swojemu narodowi, którego zbrojnie wspierać nie mógł, napisał utwór ku pokrzepieniu serc. Tak... tak właśnie głoszą poloniści. 





Ale zastanówmy się teraz uważnie nad tą tezą. Mickiewicz wyjeżdża do Drezna na chwilę przed wybuchem powstania. Pomimo informacji o tym, że jego ojczyzna to tykająca bomba zegarowa, nie wraca, tylko siedzi bezpiecznie na swoim miejscu. Następnie, kiedy powstanie upada, Mickiewicz (o zgrozo!) nie wziąwszy w nim udziału i nie zginąwszy na polu bitwy, postanawia napisać utwór, który musi stać się hitem, ponieważ 1. nawiązuje do tematyki martyrologicznej (gwoli jasności - męczeńskiej), 2. wspomina o mesjanizmie (gwoli jasności 2 - Polska Chrystusem narodów), a po 3. jest dziełem „ku pokrzepieniu serc”, czyli ukazuje jak wspaniali i patriotyczni są Polacy, a jak beznadziejni i okrutni Rosjanie z arystokracją (bo powiedzmy sobie otwarcie - nie była ona wtedy uważana za naród jako taki, bo nie umierała za ojczyznę w męczarniach, a bawiła się na salonach zarzucając co nieco z francuska). Po czym w ogóle nie wraca do ojczyzny w obawie przed osądem społeczeństwa, które tak wspaniale wsparł swoim utworem! Tak... teoria, w której Mickiewicz wykorzystuje moment na to, żeby zabłysnąć i stać się wieszczem narodowym, jest zdecydowanie passe.


Wpisawszy w google hasło "Adam Mickiewicz karykatura" otrzymałam zaskakujące wyniku... pojawia ją się portrety Słowackiego, Tuska, Stalina, Piłsudskiego, Moniuszki, a nawet Szymona Majewskiego...



            Jednakże wróćmy do tego, że część Polaków żyje w przeświadczeniu, iż Mickiewicz wielkim poetą był, a Dziady (i inne utwory romantyczne) to świętość narodowa. Taki stan rzeczy nazywany jest paradygmatem (konkretnym sposobem widzenia rzeczywistości w danej dziedzinie) romantycznym. W sformułowaniu tym mieszczą się wiara w takie pojęcia jak: patriotyzm, walka o wolność narodu, śmierć w walce za ojczyznę, mesjanizm, martyrologia, solidarność narodowa, jeden naród... Oznacza to, że romantyzm odcisnął silne piętno na świadomości Polaków i ich podejściu do własnej ojczyzny. Postrzegamy siebie jako męczenników Europy, którzy wywalczyli sobie wolność krwią i blizną. Nie mówię, że tak nie jest i nie planuję w tym miejscu rozwodzić się głębiej nad tym, czy można ogłosić zmierzch paradygmatu romantycznego, czy nie. Chciałam jedynie wyjaśnić pewne pojęcie, które jest istotne dla samej interpretacji Dziadów części III.


Bal u Senatora

Realizacji Dziadów w historii teatru polskiego było wiele (żadna z nich nie odbyła się za życia Mickiewicza), ale żadna nie była zrealizowana bez skrótów. Oznacza to, że spektakl Michała Zadary uznać można za polską prapremierę pełnej wersji Dziadów, co pozwala określić go mianem przedstawienia epokowego, które [być może] wpisane zostanie do podręczników szkół teatralnych. Nie jest to oczywiście jedyna cecha, która predestynuje ten spektakl do określania mianem wybitnego.


Zadara wyciąga z postaci dramatu Mickiewicza wszelkie pokłady komizmu jakie można w nich znaleźć i dzięki temu sprawia, że stają się one bliższe widzowi - bardziej ludzkie... zwyczajne... mające swoje niedoskonałości i popełniające błędy. Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów, aczkolwiek i tak niektórzy mogą uznać to za spoiler, więc ostrzegam: spoilery! (Spoiler Dziadów...) Więźniowie przedstawieni zostali jako pijaczkowie, którzy zapijają się w więzieniu [sic!] przez to, iż nie mogą walczyć za ojczyznę, ale także dlatego, że po prostu są więźniami...(cóż więcej mogę rzec w tym temacie?) tak samo jak Konrad (Bartosz Porczyk), któremu przebywanie w samotności powoli odbiera zmysły, aż ostatecznie doprowadza do opętania - niewykluczone, że spada ono na niego przez alkoholizm - z którego [opętania] uratować może go jedynie ksiądz Piotr (Mariusz Kiljan) - również mały pijaczyna.





Trzeba przyznać, że Konrad generalnie wygląda trochę jak szaman...


Wielka Improwizacja poprzedzona zostaje oddaniem moczu [przez Konrada] do wiadra stojącego w kącie celi, a następnie odśpiewania początku tekstu w sposób niemalże rytualny. Wtem z widowni odzywa się głos oburzonego widza „Przestań się drzeć! To jest świętość narodowa!”, na co Porczyk nie reaguje wyjściem z roli i rozpoczęciem dialogu z owym zdenerwowanym odbiorcą, tylko kontynuując swój tekst zaczyna go kierować w stronę, z której dobiegł głos, a następnie ukazuje słynny gest Kozakiewicza uzupełniony środkowym palcem. Oczywiście sytuacja ta nie jest zapisana nigdzie w Dziadów części III w związku z czym wnioskuję, iż była to zwyczajna prowokacja w stylu krakowskiej „hańby!”. Na szczęście Bartosz Porczyk jest wytrawnym cwaniakiem jeżeli chodzi o takie sytuacje i pięknie z tego wybrnął nie wychodząc z roli... Wracając do celi. Kim jest odbiorca słów Konrada oprócz tego, że Bogiem? Jest narysowanym na ścianie krzyżem, jednocześnie przypominającym twarz, z którym więzień rozmawia jak z kolegą od kieliszka. Ostatecznie jednak po części wołania Konrada zostają wysłuchane, ponieważ na scenie pojawia się Bóg... i chociaż słowem się nie odzywa, to... jest... po prostu.




Obok Konrada na wywołanie zasługuje Adam Szczyszczaj, który w spektaklu otrzymuje trzy role (Jana Sobolewskiego, Literata I oraz Pelikana) i do każdej podchodzi w zupełnie inny sposób - ma się wrażenie jakby oglądało się na scenie za każdym razem innego aktora. Możecie powiedzieć, że późne, ale Szczyszczaj to oje odkrycie artystyczne tego sezonu. Uwagę zwraca również rola Pani Rollisonowej (Ewa Skibińska), która w swojej tragiczności matki mającej świadomość, że jej dziecko umiera w męczarniach, jednocześnie jest zabawna, kiedy wpada na stół Senatora, czy kieruje swoje słowa w miejsce, w którym nikt nie stoi. Te postaci wyciągnięte były „żywcem” z dramatu Mickiewicza - ubrane w kostiumy z epoki, reprezentujące wartości w tym utworze zapisane. Zupełnie inaczej Zadara zinterpretował Anioły i Demony... aczkolwiek przyznam szczerze, że tak jak ze zidentyfikowaniem tych drugich nie miałam większego problemu - reprezentowane są przez milicję - tak ci pierwsi są dla mnie zagadką... ubrane w dresy, a na nie nałożone beżowe prochowce... może ktoś z Was rozjaśni mi tę kwestię, której poruszonej nie zobaczyłam w żadnej z przeczytanych recenzji - kim są Anioły?




Jeżeli chodzi o konwencję, w jakiej utrzymany został spektakl, to określenia jej nie da się zamknąć w jednym słowie. Zadara bawi się stylami teatralnymi i pozwala im się nawzajem przenikać. Od scen naturalistycznych - takich jak oddawanie moczu przez Konrada, czy zamykanie przed oczami widza niektórych wypowiedzi za ścianą celi - poprzez stylistykę romantyczną - scenografia malowana zgodnie z zasadą perspektywy, przedstawiająca miejsce akcji, sceny z Aniołami i Demonami mające charakter „nadprzyrodzony” i „uduchowiony” - aż po pewnego rodzaju... zagrania filmowe, w których wyciemnienia dają możliwość pojawienia się na scenie nowym postaciom, w zupełnie innej konfiguracji oraz zmieniając znaczenie - mam tu na myśli scenę, w której Konrad ma przywidzenia. Zatem pod kątem tak stylu, gry aktorskiej, jak i kostiumów spektakl można określić mianem eklektycznego.


Spójrzcie na tę piękną perspektywę malarską...


Zadara daje współczesnemu widzowi dokładnie to, czego ten oczekuje od współczesnego teatru - nie skraca tekstu, nie nadpisuje nad nim żadnych szczególnych znaczeń, nie odnosi go bezpośrednio do kondycji współczesnego społeczeństwa (co nie równa się temu, że nie uwspółcześnia dramatu). Reżyser pokazuje, że Dziadów część III ma tak swoją historię (kostiumy, tematyka), jak i tę nadawaną mu przez kolejnych reżyserów, którzy brali ten dramat na warsztat (stroje Demonów). Mam szczerą nadzieję, że taki stan rzeczy się utrzyma i coraz częściej będziemy mogli oglądać na scenach teatrów w Polsce realizacje tego typu. Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież jest to cofanie umiejętności do czasów naturalizmu, ale... w rzeczywistości tak nie jest. Zadara nie zrealizował Dziadów zgodnie ze wszystkimi didaskaliami umieszczonymi przez Mickiewicza, bo też nie o to w sztuce chodzi. Dostosował je do wymagań współczesnego widza i w ten sposób sprawił, że spektakl można postawić na półce z wybitnymi realizacjami tego dramatu obok Dejmka i Swinarskiego.




źródło zdjęć: internety (źródeł zbyt wiele, by wymieniać)


1 komentarz:

  1. Świetna recenzja! Super się to czyta. Widać, że masz rozległą wiedzę, którą nie przytłaczasz, tylko intrygujesz. Oby tak dalej!

    OdpowiedzUsuń