Już od dłuższego czasu
nie byłam na spektaklu tak tradycyjnie w teatrze, ponieważ za każdym razem jak
miałam wolne, to akurat nic nie grali, albo grali to, co już widziałam (to
chyba będzie zdanie tego bloga), albo trafiłam do Sopotu, a tam w Teatrze
Wybrzeże spektakl zamknięty... i wtedy naprzeciw moim teatromańskim
oczekiwaniom wyszło... kino! Tak kino i londyński teatr The Globe. Akurat
trafiłam na retransmisję Snu Nocy Letniej
Williama Szekspira w reżyserii Dominic’a Dromgoole’a,
która oczarowała mnie swoją prostotą i wyśmienitym poczuciem humoru.
Ale jak to? Teatr? W
kinie? To już przecież nie teatr! To nie byłaś na spektaklu, tylko na filmie! I
tak i nie. Nie byłam na spektaklu sensu stricte, ale nie byłam też na filmie.
Jest to twór gdzieś pomiędzy teatrem i kinem, dlatego nazwany został
retransmisją - ponieważ jest przeniesieniem przedstawienia scenicznego na
ekrany kin. Ten, kto ogląda archiwalne nagrania spektakli, lub zdarza mu się
zajrzeć na teatr telewizji, wie, że nie jest to wcale takie proste zadanie i
wymaga ogromnego wyczucia kamery i sceny. Nie chodzi bowiem o to, żeby ustawić
kamerę w jednym miejscu tak, aby widoczna była cała scena, ponieważ - chociaż
najbardziej zbliżone do tego, jak odbieramy spektakl w teatrze - jest to po
prostu nudne. Nie chodzi również o to, aby nagrać spektakl z takich ujęć, aby
nie było widać całości sceny oraz widowni, która znajduje się w teatrze podczas
nagrania, bo wtedy faktycznie mamy film, bo... bez publiczności i bez oglądania
tych wszystkich skrytek scenicznych... to nie to samo! Należy znaleźć złoty
środek, pokazać kamerą spektakl tak, aby stracił on jak najmniej ze swojej
teatralności. I kamerzystom tak National Theater, jak The Globe, udaje się to
fenomenalnie.
Chociaż
w sytuacji takiej [retransmisji] nie mamy bezpośredniego kontaktu z aktorami -
nikt nas nie opluje, nie zareaguje na nasze chrząkanie, ani wychodzenie na siku
- to mimo wszystko zachowane zostaje wrażenie autentyczności. W końcu przez to,
że są nagrywani, aktorzy nie grają inaczej, ani specjalnie do kamery. Pozostają
ustawieni tak, jak wymagał tego od nich reżyser podczas realizacji widowiska
scenicznego. W związku z tym tak naprawdę jedyne, co tracimy przy oglądaniu
tego typu przedstawienia to bezpośredni kontakt widza i aktora. Ale czy aby na
pewno? Nie do końca.
Skoro
w teatrze trzeba się odpowiednio zachowywać i przyodziać strój odpowiedni do
tegoż miejsca, a w kinie nie obowiązują żadne sztywne zasady, to co zrobić w
momencie, kiedy idziemy na spektakl do kina?! Czy można pójść w trampkach? Czy
można jeść popcorn? Czy mogę siorbać colę z kubka? Czy śmianie się na cały głos
jest dopuszczalne? Czy moje pachy nie będą przeszkadzały osobie obok? Są to
pytania przyziemne, ale jednak mające duże znaczenie. Kim bowiem stajemy się w
chwili pójścia na tego typu retransmisję? Mogłabym oczywiście zagłębiać się w
ontologiczną teorię bytu i zarzucać jakimś Heideggerem, ale nie mam zamiaru
tego robić - na to jeszcze za wcześnie i nie jest to blog filozoficzny, tylko
kosiorzy. Moim skromnym zdaniem trzeba znaleźć jakieś pośrednie rozwiązanie.
Tzn. nie ubierać się w swoje najlepsze garsonki, bo a nuż jutro pójdziemy na
jakąś premierę do opery i co wtedy? Ale też nie objadać się popcornem, czy
przyodziewać okulary 3D. Złoty środek.
Decydując się na takie
przedstawienie tracimy całą tę magiczną otoczkę jaka towarzyszy nam podczas
pójścia do teatru. Nie ma kontaktu z aktorem. Nie mamy świadomości tego, że
nasz śmiech lub płacz dodaje tym tam na scenie energii i pobudza do działania,
a często ma nawet wpływ na to, czy pozostaną one zgodne ze scenariuszem, czy
lekko zmodyfikowane (szczególnie w dobie teatru performatywnego), ale chyba gra
jest warta świeczki, ponieważ zyskujemy o wiele więcej...
Tego
typu wydarzenia pozwalają nam zobaczyć przedstawienia, których być może nigdy
nie będziemy mieli okazji ujrzeć na żywo, ponieważ mamy kredyt na 30 lat i jak
już go spłacimy, to Tom Hiddleston nie będzie już grał Koriolana, a strumienie
mokrej wody nie będą lały się na jego wspaniałe ciało... ekhm. ten. Osobiście
byłam na 3 przedstawieniach. Wszystkie szekspirowskie - Koriolan i Król Lear (National
Theater) oraz Sen Nocy Letniej (The
Globe) - co nie oznacza, że na te nieszekspirowskie nie chcę chodzić. Po prostu
nie miałam jeszcze okazji. (czyt. praca)
Reprezentują one
zupełnie inny rodzaj teatru niż ten, który znamy z polskich scen prezentujących
tzw. klasykę (oczywiście wykluczam w tego Dziady
M. Zadary, ponieważ są one w tym wypadku fenomenem). Polscy reżyserzy mają
przykrą tendencję do całkowitego wywracania na lewą, prawą, górną, dolną,
środkową stronę tekstu, który biorą na warsztat (mówię o reżyserach teatrów
narodowych, nie eksperymentalnych). Zmieniania jego sensu, przypisywania
zupełnie innych znaczeń niż te pierwotne, wpisywania w różne dziwne sytuacje
historyczne... i jest to w pewnym stopniu piękne, ponieważ, że tak się wyrażę,
nie wieje nudą, ale... spektakle te w większości kierowane są do widza
wykształconego, szybko łączącego fakty, analizującego oglądaną sytuację i w
pełni skupionego. Wielokrotnie sama miałam chwile, w których dopiero po
powrocie do domu i dłuższym przemyśleniu, wiedziałam, co oglądałam i do czego
nawiązywały poszczególne sceny. Jednak ja nie jestem przeciętnym widzem, bo
jako takie wykształcenie teatrologiczne mam, a przeciętny Janusz pójdzie na
taką sztukę do teatru i stwierdzi, że jest kretynem i teatru nie rozumie (a tak
wcale nie jest!!!). Wtedy jego noga albo przestąpi jedynie próg teatru
grającego komedie, albo już nigdy w żadnym nie postanie.
Dlatego też przed
teatrem polskim jeszcze długa droga do tego, aby eksperyment zamienić w działania
teatralne w pełni nastawione na widza powszechnego. Nie mówię tutaj oczywiście
o tym, że tak jest w CAŁYM teatrze polskim, piszę jedynie o pewnego rodzaju
tendencji, którą zauważyłam [nie tylko ja].
Szczególnie w odniesieniu do scen narodowych. Teatr polski ciężka jest i
trudna językiem mówi, ale przeżyjemy w teatrze!
Natomiast Szekspir w NT
i TG jest wystawiany w całości i bez skrótów. Nie oznacza to, że wystawiają go
dokładnie tak jak napisał w didaskaliach (chociaż w TG są bliżej niż dalej).
Balansują gdzieś na granicy odniesień do współczesności i pozostawania w
czasach, w których swoją sztukę umieścił Szekspir. Granica jest cienka. Zaznaczona
albo poprzez muzykę, albo kostiumy... Każdy z trzech spektakli, które
widziałam, tak naprawdę zasługuje na osobną recenzję i należałoby mu poświęcić
osobny wpis, ale zrobię to zapewne dopiero jak historycznie dotrzemy do
Szekspira, żebyście całe tło mieli odmalowane. Nie mam zamiaru spektakli tych
porównywać do siebie pod względem atrakcyjności artystycznej, ponieważ znajdują
się one na różnych półkach wywołujących inne odczucia i poruszających różne
struny duszy odbiorcy. Jakkolwiek oprócz wyżej wymienionych łączy je jeszcze
jedna rzecz - humor. Nawet w Królu Learze
reżyser nie zapomniał o szekspirowskim humorze przemycanym między słowami.
Jako
że jestem totalną fanatyczka teatru i nim żyję, nie ma dla mnie znaczenia, czy
obejrzę spektakl w kinie, czy w teatrze. Jeżeli jest dobry, to może być nawet
na ekranie telefonu, chociaż nie ukrywam, że zapach teatru i sceny jest czymś
zupełnie niezastąpionym (if U know what I mean). Mimo wszystko według mnie
więcej jest na tak, niż na nie jeżeli mówimy o retransmisjach, więc na
retransmisje chodzić nie przestanę, ale polski teatr nadal wspierać będę swoją
obecnością i próbami popularyzacji tego rodzaju rozrywki. Z czasem coraz więcej
będę tłumaczyć, a więc i Wy więcej rozumieć. Mam nadzieję, że któregoś dnia
spotkamy się na którejś retransmisji i podyskutujemy o byciu/niebyciu widza i
aktora w tego typu relacji J














Brak komentarzy:
Prześlij komentarz