niedziela, 17 maja 2015

Retransmisje - zmora, czy dobroć?

Już od dłuższego czasu nie byłam na spektaklu tak tradycyjnie w teatrze, ponieważ za każdym razem jak miałam wolne, to akurat nic nie grali, albo grali to, co już widziałam (to chyba będzie zdanie tego bloga), albo trafiłam do Sopotu, a tam w Teatrze Wybrzeże spektakl zamknięty... i wtedy naprzeciw moim teatromańskim oczekiwaniom wyszło... kino! Tak kino i londyński teatr The Globe. Akurat trafiłam na retransmisję Snu Nocy Letniej Williama Szekspira w reżyserii Dominic’a Dromgoole’a, która oczarowała mnie swoją prostotą i wyśmienitym poczuciem humoru.





Ale jak to? Teatr? W kinie? To już przecież nie teatr! To nie byłaś na spektaklu, tylko na filmie! I tak i nie. Nie byłam na spektaklu sensu stricte, ale nie byłam też na filmie. Jest to twór gdzieś pomiędzy teatrem i kinem, dlatego nazwany został retransmisją - ponieważ jest przeniesieniem przedstawienia scenicznego na ekrany kin. Ten, kto ogląda archiwalne nagrania spektakli, lub zdarza mu się zajrzeć na teatr telewizji, wie, że nie jest to wcale takie proste zadanie i wymaga ogromnego wyczucia kamery i sceny. Nie chodzi bowiem o to, żeby ustawić kamerę w jednym miejscu tak, aby widoczna była cała scena, ponieważ - chociaż najbardziej zbliżone do tego, jak odbieramy spektakl w teatrze - jest to po prostu nudne. Nie chodzi również o to, aby nagrać spektakl z takich ujęć, aby nie było widać całości sceny oraz widowni, która znajduje się w teatrze podczas nagrania, bo wtedy faktycznie mamy film, bo... bez publiczności i bez oglądania tych wszystkich skrytek scenicznych... to nie to samo! Należy znaleźć złoty środek, pokazać kamerą spektakl tak, aby stracił on jak najmniej ze swojej teatralności. I kamerzystom tak National Theater, jak The Globe, udaje się to fenomenalnie.





           
            Chociaż w sytuacji takiej [retransmisji] nie mamy bezpośredniego kontaktu z aktorami - nikt nas nie opluje, nie zareaguje na nasze chrząkanie, ani wychodzenie na siku - to mimo wszystko zachowane zostaje wrażenie autentyczności. W końcu przez to, że są nagrywani, aktorzy nie grają inaczej, ani specjalnie do kamery. Pozostają ustawieni tak, jak wymagał tego od nich reżyser podczas realizacji widowiska scenicznego. W związku z tym tak naprawdę jedyne, co tracimy przy oglądaniu tego typu przedstawienia to bezpośredni kontakt widza i aktora. Ale czy aby na pewno? Nie do końca.




            Skoro w teatrze trzeba się odpowiednio zachowywać i przyodziać strój odpowiedni do tegoż miejsca, a w kinie nie obowiązują żadne sztywne zasady, to co zrobić w momencie, kiedy idziemy na spektakl do kina?! Czy można pójść w trampkach? Czy można jeść popcorn? Czy mogę siorbać colę z kubka? Czy śmianie się na cały głos jest dopuszczalne? Czy moje pachy nie będą przeszkadzały osobie obok? Są to pytania przyziemne, ale jednak mające duże znaczenie. Kim bowiem stajemy się w chwili pójścia na tego typu retransmisję? Mogłabym oczywiście zagłębiać się w ontologiczną teorię bytu i zarzucać jakimś Heideggerem, ale nie mam zamiaru tego robić - na to jeszcze za wcześnie i nie jest to blog filozoficzny, tylko kosiorzy. Moim skromnym zdaniem trzeba znaleźć jakieś pośrednie rozwiązanie. Tzn. nie ubierać się w swoje najlepsze garsonki, bo a nuż jutro pójdziemy na jakąś premierę do opery i co wtedy? Ale też nie objadać się popcornem, czy przyodziewać okulary 3D. Złoty środek.





Decydując się na takie przedstawienie tracimy całą tę magiczną otoczkę jaka towarzyszy nam podczas pójścia do teatru. Nie ma kontaktu z aktorem. Nie mamy świadomości tego, że nasz śmiech lub płacz dodaje tym tam na scenie energii i pobudza do działania, a często ma nawet wpływ na to, czy pozostaną one zgodne ze scenariuszem, czy lekko zmodyfikowane (szczególnie w dobie teatru performatywnego), ale chyba gra jest warta świeczki, ponieważ zyskujemy o wiele więcej...







            Tego typu wydarzenia pozwalają nam zobaczyć przedstawienia, których być może nigdy nie będziemy mieli okazji ujrzeć na żywo, ponieważ mamy kredyt na 30 lat i jak już go spłacimy, to Tom Hiddleston nie będzie już grał Koriolana, a strumienie mokrej wody nie będą lały się na jego wspaniałe ciało... ekhm. ten. Osobiście byłam na 3 przedstawieniach. Wszystkie szekspirowskie - Koriolan i Król Lear (National Theater) oraz Sen Nocy Letniej (The Globe) - co nie oznacza, że na te nieszekspirowskie nie chcę chodzić. Po prostu nie miałam jeszcze okazji. (czyt. praca)




Reprezentują one zupełnie inny rodzaj teatru niż ten, który znamy z polskich scen prezentujących tzw. klasykę (oczywiście wykluczam w tego Dziady M. Zadary, ponieważ są one w tym wypadku fenomenem). Polscy reżyserzy mają przykrą tendencję do całkowitego wywracania na lewą, prawą, górną, dolną, środkową stronę tekstu, który biorą na warsztat (mówię o reżyserach teatrów narodowych, nie eksperymentalnych). Zmieniania jego sensu, przypisywania zupełnie innych znaczeń niż te pierwotne, wpisywania w różne dziwne sytuacje historyczne... i jest to w pewnym stopniu piękne, ponieważ, że tak się wyrażę, nie wieje nudą, ale... spektakle te w większości kierowane są do widza wykształconego, szybko łączącego fakty, analizującego oglądaną sytuację i w pełni skupionego. Wielokrotnie sama miałam chwile, w których dopiero po powrocie do domu i dłuższym przemyśleniu, wiedziałam, co oglądałam i do czego nawiązywały poszczególne sceny. Jednak ja nie jestem przeciętnym widzem, bo jako takie wykształcenie teatrologiczne mam, a przeciętny Janusz pójdzie na taką sztukę do teatru i stwierdzi, że jest kretynem i teatru nie rozumie (a tak wcale nie jest!!!). Wtedy jego noga albo przestąpi jedynie próg teatru grającego komedie, albo już nigdy w żadnym nie postanie.



Dlatego też przed teatrem polskim jeszcze długa droga do tego, aby eksperyment zamienić w działania teatralne w pełni nastawione na widza powszechnego. Nie mówię tutaj oczywiście o tym, że tak jest w CAŁYM teatrze polskim, piszę jedynie o pewnego rodzaju tendencji, którą zauważyłam [nie tylko ja].  Szczególnie w odniesieniu do scen narodowych. Teatr polski ciężka jest i trudna językiem mówi, ale przeżyjemy w teatrze!



Natomiast Szekspir w NT i TG jest wystawiany w całości i bez skrótów. Nie oznacza to, że wystawiają go dokładnie tak jak napisał w didaskaliach (chociaż w TG są bliżej niż dalej). Balansują gdzieś na granicy odniesień do współczesności i pozostawania w czasach, w których swoją sztukę umieścił Szekspir. Granica jest cienka. Zaznaczona albo poprzez muzykę, albo kostiumy... Każdy z trzech spektakli, które widziałam, tak naprawdę zasługuje na osobną recenzję i należałoby mu poświęcić osobny wpis, ale zrobię to zapewne dopiero jak historycznie dotrzemy do Szekspira, żebyście całe tło mieli odmalowane. Nie mam zamiaru spektakli tych porównywać do siebie pod względem atrakcyjności artystycznej, ponieważ znajdują się one na różnych półkach wywołujących inne odczucia i poruszających różne struny duszy odbiorcy. Jakkolwiek oprócz wyżej wymienionych łączy je jeszcze jedna rzecz - humor. Nawet w Królu Learze reżyser nie zapomniał o szekspirowskim humorze przemycanym między słowami.



            Jako że jestem totalną fanatyczka teatru i nim żyję, nie ma dla mnie znaczenia, czy obejrzę spektakl w kinie, czy w teatrze. Jeżeli jest dobry, to może być nawet na ekranie telefonu, chociaż nie ukrywam, że zapach teatru i sceny jest czymś zupełnie niezastąpionym (if U know what I mean). Mimo wszystko według mnie więcej jest na tak, niż na nie jeżeli mówimy o retransmisjach, więc na retransmisje chodzić nie przestanę, ale polski teatr nadal wspierać będę swoją obecnością i próbami popularyzacji tego rodzaju rozrywki. Z czasem coraz więcej będę tłumaczyć, a więc i Wy więcej rozumieć. Mam nadzieję, że któregoś dnia spotkamy się na którejś retransmisji i podyskutujemy o byciu/niebyciu widza i aktora w tego typu relacji J







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz